Praca adwokata, to oczywiście sporo radości i duży przywilej. Są jednak pewne sytuacje, w których (wyłącznie w myślach) przewracamy oczami. Dzisiaj o dwóch takich kuksańcach z czasu niedawnego.
Zakaz chorowania.
Umiecie przewidywać choroby? Ja niestety też nie. Tyle, że akurat ja powinienem umieć. Tak przynajmniej stwierdził Sąd Najwyższy. Otóż niedawno Sąd Najwyższy uzasadnił postanowienie z dnia 28 kwietnia 2026 r., sygn. akt III CZ 44/26. W sprawie chodziło o to, że pełnomocnik uchybił terminowi na wykonanie zobowiązania Sądu. Pełnomocnik wniósł o przywrócenie uchybionego terminu powołując się na chorobę. Sama choroba, jak można wywnioskować z uzasadnienia orzeczenia nie budziła wątpliwości (pewnie potwierdzona odpowiednią dokumentacją). Trzeba jednak było rozstrzygnąć, czy choroba rzeczywiście tłumaczy niedokonanie czynności.
Co stwierdził Sąd Najwyższy? Zacytujmy dwa fragmenty:
– „w orzecznictwie przyjmuje się równocześnie, że profesjonalny pełnomocnik, planując dokonanie czynności procesowej (np. wniesienie środka zaskarżenia), musi uwzględnić, kierując się zwykłym doświadczeniem życiowym, że w okresie biegu terminu do jej dokonania mogą nastąpić czasowe przeszkody – wynikające ze zwykłych zdarzeń życiowych, w tym także z krótkich niedyspozycji zdrowotnych – utrudniające mu sporządzenie i wniesienie środka zaskarżenia w ostatnim dniu terminu”.
– choroba pełnomocnika powoda w dniach 11- 13 czerwca 2025 r. nie wyjaśnia, dlaczego pełnomocnik nie podjął czynności wcześniej, skoro o konieczności złożenia odpisów wiedział najpóźniej z chwilą doręczenia (fikcja doręczenia) zarządzenia z 16 maja 2025 r., a więc od 6 czerwca 2025 r.”.
Ocena uzasadnienia.
Czy podtytuł „zakaz chorowania” jest przesadzony? Tak, jest. Natomiast mimo wszystko mam pewien niesmak – i to na dwóch poziomach. Po pierwsze, jeśli ktoś faktycznie jest chory, to w mojej ocenie właściwie niezależnie od rodzaju pracy nie powinien być do niej obligowany. Tak po prostu. Bez analizy tego, czy choroba jest poważna, bardzo poważna, czy zagrażająca życiu.
Ponadto nie jestem fanem takiego sędziowskiego spojrzenia na adwokatów/radców prawnych. Różnic w naszej pracy jest sporo, a jedną z nich są terminy. Sędziowie mają terminy instrukcyjne, czyli takie, których powinni przestrzegać. Natomiast jeśli termin się sądowi podwoi, albo potroi, to trudno. Pełnomocnik większość terminów ma prekluzyjnych. Oznacza to, że jeśli pełnomocnik im uchybi, to pisma w ogóle nie będą brane pod uwagę. Dla zobrazowania różnicy podam może przykład mojej sprawy karnej, która miał 8/9 tomów akt (moja najobszerniejsza sprawa ma około 150 tomów akt, więc pewnie będzie znacznie ciekawiej…). Sąd miał termin 14 dni na sporządzenie uzasadnienia wyroku, a ja miałem 14 dni na sporządzenie apelacji. Sąd ogłosił wyrok w dniu 18 kwietnia 2025 r., a wniosek o uzasadnienie wpłynął do sądu w dniu 24 kwietnia 2025 r. Następnie Sąd sporządził uzasadnienie w dniu 21 sierpnia 2025 r. Kolejno sporządziłem apelację w terminie 14 dni, ponieważ w przeciwnym wypadku apelacja zostałaby odrzucona.
Mając na uwadze uregulowania prawne, a także ich stosowanie, naprawdę trudno mi uznać zasadność twierdzenia, że pełnomocnik powinien przewidywać swoje niedyspozycje związane z chorobami. Niejednokrotnie w dzień rozprawy otrzymywałem telefon, że termin rozprawy jest odwołany z uwagi na chorobę sędziego. Niewątpliwie jest to nieco frustrujące dla stron i kłopotliwe dla pełnomocników, ale zarazem jest to zupełnie normalne.
Ludzie.
Po drugie natomiast, warto też pamiętać o samych stronach – ludziach, których sprawy rozpoznają sądy. Odrzucenie pisma jest nie tylko problemem pełnomocnika, ale również jest problemem strony. Oczywiście to nie powód, żeby przymykać oko na ewentualne błędy pełnomocników. Natomiast silenie się na zupełnie nieprzekonywującą argumentację, że można sobie było napisać pismo pierwszego dnia, a nie czekać do ostatniego… albo że można było przewidzieć, że dopadnie nas niedyspozycja pod koniec terminu… W mojej opinii, to jednak nieco zła praktyka – nie tylko dla pełnomocników, ale również dla ludzi.
Jeszcze tak dla sprawiedliwości niniejszego wpisu – przytoczyłem uzasadnienie Sądu Najwyższego i do niego się odnoszę. Jeśli natomiast chodzi o praktykę Sądów przed którymi najczęściej występuję – Bielsko-Biała, Katowice, Kraków, to nie słyszałem, aby Sądy w tych miastach miały podobne zapatrywanie na choroby pełnomocników. Sam jeszcze na szczęście nie testowałem wniosku o przywrócenie terminu z uwagi na moją chorobę, natomiast miałbym wiarę w jego uwzględnienie.
Wynagrodzenie za pracę? Niekoniecznie!
Opiszę swoją niedawna sprawę. Sprawa karna – usiłowanie zabójstwa – bardzo poważny temat. Sąd wyznaczył mnie pełnomocnikiem z urzędu pokrzywdzonego (następnie oskarżyciela posiłkowego), który na szczęście cudem przeżył. Sprawca skazany na surową karę, dlatego też zdecydował się na złożenie kasacji do Sądu Najwyższego.
Sąd doręcza mi kasację, która liczy kilkadziesiąt stron napisanych małą czcionką. Generalnie jak sięgałem pamięcią upoważnienie do działania w imieniu klienta wygasa, kiedy wyrok staje się prawomocny. Wyrok był prawomocny, więc pomyślałem, że nie jestem zobowiązany, ani nawet upoważniony do złożenia odpowiedzi na kasacje. Natomiast miałem wątpliwości, które wynikały choćby z tego, że Sąd doręczając mi odpis kasacji nadal określał mnie mianem pełnomocnika oskarżyciela posiłkowego. Dlatego też zdecydowałem się zwrócić o pomoc przy tej mojej wątpliwości do niezawodnego Pana Dziekana naszej adwokackiej Izby w Bielsku-Białej.
Pan Dziekan zwrócił mi uwagę na zmianę przepisów, które obligują pełnomocnika do działania również w zakresie kasacji. Szybko zatem przestudiowałem przepisy w zakresie terminów na złożenie odpowiedzi na kasację i uznałem, że poczekam na odpowiedź Prokuratora. Powyższa odpowiedź Prokuratora została wysłana do pełnomocnika oskarżyciela posiłkowego, czyli do mnie. Przygotowałem odpowiedź na kasacje – nie taką długą jak kasacja. Zaledwie 8 stron napisanych czcionką rozmiaru 10. Był to jednak tekst przemyślany, wymagający pewnego nakładu pracy. Tak właściwie, to niemałego nakładu pracy. W odpowiedzi na kasację nieskromnie wniosłem o przyznanie mi kosztów reprezentacji pokrzywdzonego, do której to reprezentacji byłem, wszakże zobligowany.
Czy Sąd Najwyższy mi przyznał wynagrodzenie za pracę?
Nie. Dlaczego? Ponieważ nie byłem pełnomocnikiem pokrzywdzonego… Sąd Najwyższy w postanowieniu oddalającym kasację wskazał, że postanawia „nie uwzględnić wniosku adw. Piotra Wdowiaka o zasądzenie wynagrodzenia za sporządzenie i wniesienie – jako pełnomocnik z urzędu oskarżyciela posiłkowego ________ – odpowiedzi na kasację, albowiem na etapie po wydaniu prawomocnego wyroku autor odpowiedzi na kasację nie został wyznaczony pełnomocnikiem z urzędu (…)”. Czyli innymi słowy, przez cały tok postępowania kasacyjnego byłem określany jako pełnomocnik. Przepisy obligują mnie do podjęcia czynności. Podjąłem czynności, w tym również kontakt z Klientem, przesyłanie pism do wglądu itp. Jednak przy wydaniu rozstrzygnięcia o kosztach już pełnomocnikiem nie byłem.
Wiecie, realia są takie, że za pomoc prawną z urzędu to wynagrodzenie nie jest szczególnie wysokie. W niektórych sytuacjach jest wręcz rażąco niskie – nawet w stosunku do minimalnego krajowego wynagrodzenia. Natomiast nieprzyznanie wynagrodzenia za pracę, do której jest się zobowiązany, to jednak dobry powód do przewrócenia oczami (chociaż w myślach).
Podsumowanie.
Wiem, wiem, wpis o narzekaniu. Przedstawienie pracy w negatywnym świetle. Tyle że to jeden wpis. Dwa orzeczenia. Ogólne przedstawienie pracy adwokata nie mogłoby być wpisem. Byłoby książką. Wielotomową, mającą również ogrom światła i blasku.
